Tadeuszowi Nalepińskiemu

W mrocznych praborach, gdzie Okean płynie,
walcząc z falami Hadesowych rzek -
widma kochanek przyzew mój wyzwala
i tu przenosi na potępień brzeg:
o Awenanti, Lari, Kalla
w Reinkarnacyj mych głębinie
na stosie ciał tych Mrok mój legł.

Dionizos żeński w kuszczach winogradu
wita mnie śmiechem i winem wśród mroku,
lecz ja do Lernejskiego mówię gadu
o znikomości gwiazd!
Tam w labirynty idę Ragnaroku,
najbronniejszego ze Szatana miast,
co wieżycami w dół ku piekła pomroce
wgląda się w kry szumiące, w wieczne noce!

Zanim do nieba zastęp mężnych wedrze,
na diamentowych wieżach wzywam duchów zlot:
mszę celebruję czarną w grobowej katedrze
i gaszę Lux Aeterna - ja bóg zmarłych - Thot!
Rozgłaszam miłość mym Zadżumnym dzwonem,
w kręgu ogniowym Sziwa - tańczący nad zgonem -
w bór tropikalny przyzywam Was!
Myśli nic narodzone i nie nazwane,
sny najdumniejsze, nie dokonane
pawiotęcz kras.

Jam jeden zawsze, czeluść żądz stubramna,
a ziemia cała drży od mego pługa -
jakby menhiru grobowcowy głaz!
Wy - Lawalrumi, Santi i Mariamna,
o Grey, Pelawi, Kaliruga!
Z wszystkich snowidzeń, z zamierzchłych manwantar -
ja tyran, wieszcz i diabeł - Homer, Dante Antar
Tiglat Pilezar, kalif Akbar, Timur-lenk,
gdy mnie rozkosz wabi nadmierna i nadmierny jęk -
wybrałem tysiąc Muz, odziałem je szkarłatem,
niosłem kadzidła im i złote trybularze,
dymami-m poił ambr, kwieciłem je granatem,
bezwstydnej Asztaroth kamiennem wzniósł ołtarze...

Ha, ha - poznałem, że z czarnej Golgoty
wydany wyrok na mnie - zaciekłem się w furii:
Ja, który znałem olbrzymów astralnej Lemurii,
ja, którym znał nad ziemią księżyc drugi - złoty -
ja, którym chodził wśród Magów Dżemszyda -
miałem-że słuchać Pawła - zaciekłego Żyda?

W niezgłębionych Piekła lodozwałach,
hufy powiodłem naprzeciw aniołów -
oszczepem kłuję i zadaję gwałt!
Bronią się mężnie przy wiary swej skałach!

Na łożach z brązu, w dymach krwi stu wołów,
każę ich oddać na myśli męczeństwo -
żagwie palimy pośród skał Tarpejskich
i tak szydzimy z marzeń Nazarejskich,
jak rozhukany w noc jesienną Bałt.
Tu gwałtowników przyzywam zastępy
Urakabarameel jest ich groźny wódz
tu ciała chrześcijan rozrywają sępy,
by Miłość i Nadzieję kłami hien zmóc
tu winem z krzyża napełnia się fiala
aż krzyk: Jahoo! z ust Heliogabala,
kłamiąc Młodości, ulata nad błonia.
Wraz z Messaliną zbestwione zastępy
tańczą dokoła Najświętszego Graala...

W mrok nocy jadę, gdzie Szał jeno mami
iskrząc z mojego konia podków szmaragdami.

Jadę po stepach, aż w Kijowa mury
Król Śmiały - czynię z mniszek amazonki,
za włosy wieszam, zmrażam wśród tortury,
gromnicmi obwiesiwszy, rozjarzam je - w pająki.
To znów myśliwiec gonię czarne tury,
gdy w bekowisku wyszły na słoneczne łąki
i nie mam kresu i w sobie się zżeram -
zabiwszy żony, na starość sam umieram.
W Antylibanie i w jaskiniach Syryi
wiodę na zgubę rycerzów Normandyi,
trupy im daję w obrazach Walkiryj
i chłodem wabię jasnych łąk Islandyi.
Wszędzie im cudne rozsadzam Zulejki,
w podziemiach skarby jawiąc Khorassanu.

Mnie Templariusze, zdradę czyniąc Panu,
na czterech łapach bóstwu zlewają olejki.

W ogrody idę zmkniętego haremu:
Abencerragów pałac - i mujeres.
que tanto quiero! ku dziedzińcu lwiemu
prowadzę nagie, pojąc winem Herez!
Wnet krwią zbryzgałem cypry, mroczne tamaryszki
bom wrota rozwarł hidalgom, wiedzionym przez mniszki!
Krzyż a zwycięstwo dla naigrawania
ja, Tammuz Adonis, moc mam zmartwychwstania...


Gdy klasztor śpi w kaskadzie świętej włosów
zanurzam dłoń po ramię, aż po królestwo biódr...
A gdy mnie wyzna - w trumnie na żelazach mutr,
zamurowanej żywcem jawię wonie wrzosów.
W sadyzmie mniszki biczuję i wśród autodafe
śpiewam im serenady u miłosnych wrót:
z pazurów poznaj moją autografę
wszędzie, gdzie stał się zwiastowania cud!


Mijają czasy, nie mijają żądze,
leży mój głaz w kościele Sewilli:
kazał się deptać ludziom ten, kto w każdej chwili
brał najcudniejsze usta, mówiące, że... błądzę!
Nie umrą dla mnie: Julia z Kapuletu,
Beatrix Cenci, ni Stuart królowa...
Tulę, gdy zechcę, niby piosnkę z fletu
Basię Radziwiłł i mieszczkę z Krakowa...
Nuży mię cnota, więc kurtyzan formy
wzywam na chmury: egipską Rhodope,
Frynę, Lukrecję Bordżia, Lolę Montez i Delormy,
Lady Hamilton, Tsiang Hoa, Walewską (znasz
siano w Polsce, którym nie gardzą słoneczne półbogi -
kniaź Poniatowski, Napoleon... ani wrogi?...)
W chmurach mi tańczą mocne szwedzkie Sormy,
Marie Daniłówny, hrabianki z Lichtenowa
i najcudniejsze wiedźmy spod Kijowa!
Wtem - w bobrzych futrach, wśród chmur Nanaa Pao
nęci mię w dal północną... Na chyżych reniferach
lecimy. Ja Szaman - przy umarłach zwierach,
gdy słońce borealne na krzyżach konało -
wieściłem w jurtach tęskniącym: krasnego Kupało!
Zórz magnetycznych byłem tajemnicą,
grałem wygnańcom hejnał pogrzebalny -
w wiedzy zaświatów całowałem lico
Eloi, kopiąc skrzydłami grób żalny...
Zmroziłem wiarę: sturękim Briarejem
w kratery schodzę - na łoża mych żądz!
młot mój zaiskrzył nad Malsztremu lejem,
Walkirie wzywam, by leciały, rżąc!
A gdy w mój uścisk wziąłem boskie Norny,
w krach Antarktyku odprawiając Gody -
wnet poleciałem, jak ptak nieprzezorny,
na gorejące Meksykańskie wody...

W tajfunach marzę - w wirach niedogonnych -
smutek mój cichnie, gdy mi orły kraczą...
Ja chińskie róże zrywam przy latarniach wonnych,
kurhany czaszek me zwycięstwa znaczą!.
Wyspami rządząc Jutrzni, jam był Kijomori,
lody topniały od żaru mej krwi!
tabun żon moich wysłałem na bory,
by śnieg zamroził ich rzęsy i brwi!
Kazałem w grób się złożyć - żywy - sercem chory!
Znów zmartwychwstaję, gdzie Ocean Cichy,
kres mam dla światła - nie mam dla mej pychy!
Na morzach żyjąc, bóg wyspy Samoa -
połową jestem w nieboszczyków domie,
a drugą czarny, jak wulkanów smoła,
niby wąż morski na fali ogromie!...
W mroku niebiosów napinam swój łuk,
by gwiazdy strącić strzałą Fantazmatu,
nakładam łańcuch śmierci i trzymam wśród sług,
te, co mi krzyżem chce zagasić czar sabatu.
Mamuta zgięty u nóg moich kark.
Ja depcę księgi święte Purana Bhagawatu:
Idę wciąż wyżej pośród gwiezdnych ark -
wszystkie znam kręgi świata, jak mag z Ziguratu -
tysiąc mam wkoło żon i dwoje ciemnych warg,
wieszczących na Sąd Śmierci - Ginącemu światu!

Wiedza Miłości - nie uczy Umierać...
wiedza rozkoszy - nie uczy wyrzeczeń...
wiedza trucizny nie daje wyleczeń,
i wiedza Diabła - nie da nieb rozwierać...
By nie powstały lądy koralowe
nowych wiar we mnie - idę w Mszy żałobnej
nad pusty księżyc... w czeluście grobowe,
gdzie Mrok obłędny widmami zasobny...

Księżyc bezdomny w głuchej melancholii
rozświeca głębię łzawą Oceanu -
na mgnienie baśń mi stworzy wieszczka Paribanu -
tonę... Aż na dnie w zielsku lawaroli,
znajduję kącik... Tam bóg Mroków i Miłości,
kryję swój wstyd, swą rozpacz... że świata zniweczyć nie mogę!...
A coraz głębsze kryją mnie ciemności,
i tylko wulkan słyszy mą obłędną trwogę.

Jesteś podobna do posągu greckiej kapłanki z Dodony,
która w szumie dębów wysłuchiwała kantat przeznaczenia.
Jak hieratyczny głaz, który upadł z nieba
i ożywiony przez Prometeusza, błysnął tęcz skrzydłami -
tak zeszłaś do mej groty, do mego piekła, nie znanego Grekom,
do mego Niflhajmru, którego nie widziały oczy żadnego z wikingów.
Majestatyczna, wiedząca, ofiarna, jakby Piramida świateł
nad morzem nieugiętej woli, dążącej w bezkresy
ty w mej grocie stanęłaś...
Kłębiły się wiry mrocznych nieutulonych chmur gniewu,
bezkresne morze faluje zniweczenia...
Wstąpłaś w piekło skrzydeł, pogrążonych w lawie,
zgniecionych odłamami niezmierzonych skał i mroźnych gleczerów...
Ponad zawrotną falą lecących w dół wodospadów
mnie ujrzałaś, kiedym pił z wód śmierci, zmęczony tym biegiem w
otchłaniach.
Morze uderza wśród kolumn tysięcy pradawnych bazaltów,
grzmiąc nawałnicą fal, w krzyku tonących i łamanej harfy
ty zapaliłaś wśród huku obrywających się mostów rubinową lampę
i płomień uderzył w mą pierś, zgniecioną przez tysiącwiekowe góry
które widziały nad ziemią jeszcze drugi księżyc...
Wyciągłaś swe ręce jakby krucyfiks w bezdrożu,
wskazując mi wyjście tam - w głębi przepastnych wąwozów,
gdzie kwitną jabłonie, w lesie żywicznych drzew, gdzie żyją syleny...
Lecz bym nie ujął to za marność żądzy
twe oczy kościołami stały się głębiny nieba,
które w niezmiernej wszechwiedzy uśmiechnęło się nad wszystkiem...
W nagłym obłędzie gniewu, myśląc, żeś tylko Złudzeniem -
nie Matką Bożą pod krzyżem, idącą szukać, których Bóg opuścił
i których udziałem - Nicość... stałem się Demonem,
lecącym na skrzydłach wampira - wrogim życiu bardziej, niż Era lodowców!
Bo czym jest Życie, gdy nie ma Wolności
iść ponad przełęcz Losu i rozświecać groby?!
i czym jest Miłość, gdy nie ma możności
wypłynąć Okrętem na spotkanie Boga?!...
W mroku mnie zawołałaś, jam zahuczał: Kłamiesz!
wzerwałem nad Tobą nawałnicę mroczną,
mówiąc: Ciebie nie ma! Ty odrzekłaś: Jestem!
Była to odpowiedź kłoszącej niwy życia mej otchłani grobów.
O nieprzeminiona, tysiąckrotnie moja!
Miłości, ty w śniącym rozjaśniona ogniu, lampą w mej ręce się stałaś,
skrzydlatym jutrzni płomieniem... Przejrzysta, szczęśliwa,
wyrzekłaś to słowo radosne - że Głaz odwalony
i z Grobu wyjść mogę!
Wiedziesz mnie Bezimiennego wiecznie,
który jestem Twym dzieckiem, smokiem i wielkim krwawym piorunem!
Tu widzę ciemny wirch z możnego marmuru
w sale świątynne ciosany... Widzę w dawnej Atlantydzie
ludzi pierwotne, głębokie natury... widzę Hostię Życia...
Wyszliśmy razem - rozświecić wszystkie padolne niziny....
W każdej garści piasku słyszymy morze, które nam gra swą Maha
Bharatę...
w każdym pyle przydrożnym widzimy wędrówkę materii,
w każdym grzechu podłego człowieka, w każdej nędzy głupca
rozwierasz mi głębię tęsknot za wyżyną Boga.
Gdybyśmy oczu mieli tyle, co - Argus, lub noc nad Gaurizankarem,
nie starczyłoby ich do ujrzenia Mnogości tajemnic
przeszłych i jeszcze nie zjawionych, lecz wiecznie Obecnych.
Ziemia rozwiera nam Misterium Człowieczeństwa.
Nie znam godniejszego wśród nich, niż Ty jesteś Moja!
Tyś hieroglifem wiary, Tyś bramą archanielskich przeczuć,
Ty wyprowadzasz nad morze z Zamku sino-bladej Śmierci.
Przez Ciebie poznać mogę wolność Woli i gwiezdność wszystkiego,
co musi tu umierać!...
Idziemy wciąż dalej, wciąż wyżej
i gdyby nie to wielkie w swym bezgrzechu uśmiechnięte niebo,
kto wie? może dwa klasztory wzniósłbym wśród niezmiernych pustyń.
Wiem, kto jest Bóg, i znam wieczność, gdyż jesteśmy sobą.
Nad morzem twórczym idziemy wśród wniebowziętych zadumań,
tu słowik łka, jarzą luczjole i wielka w bezkres samotnia
nie mówi już o kręgach Danta, pustych i straszliwych niebach,
w których Bóg stał się pustynią Gobi, Chrystus - bramą Błędu.
Z dotknienia Twej ręki wyczuwam, że jesteśmy wieczni
żeś wiosną nad głębiami piekła Ty wieszcza Beatrix!
Jeżeli taką jesteś? (w co nie wątpię)ani na to mgnienie,
gdy liść upada z drzewa szemrzącej topoli o pniu marmurowym,
jeżeli ja takim zjawiam się przy Tobie: Prometeicznie tworzącym
cóż mogłaś dokonać większego, budząc prawdę Mitu!
Utworzę nową ziemię, nowe prawa i nowe niebiosa.
W żagle me natchnę Wichru, którym znów płynąć będą mędrce i narody.
Bądź mi błogosławione łono Twej wszechmożnej Duszy,
która w ukryciu szat prostych wieszczącej kapłanki
lampą Wiedzy zapala stan modlitewny w mym duchu buntownym
i nie przeraża się skrzydeł straszliwych, lecz daje im bezmiar Eteru!


Przez całą wieczność błądzę już w mroku, gdzie mnie odnaleźć pragnie 
wieszcza, wybawić mogąca ręka.
Ale się z moją w mrokach napotkać nie może.
Staczam się z wolna, bezdźwięcznie, ku strasznym dolinom; znam każdy
ostry cypel głazu, jakbym na nim kiedyś już konał, a nie mogę żadnego
ominąć.
Wśród splątanych krużganków, podziemnych kurytarzy, niemych kościołów
i fantastycznych wież olbrzymiego klasztoru...
Sam jestem - mnich.
Złote kopuły odbijają się jedna w drugiej, głębokim zielonawym połyskiem.
Przez zmarzłe gotyckie witraże zaledwo odróżniam ciemność
zewnętrznego świata od mroku mojej celi.
Lampka, jak serce Chrystusa, żarzy się migotnym, krwawym połyskiem.
W wazonach kwiaty, zniesione niewidzialną ręką; na pochylonym Tytanie
nocy księga magów łańcuchem przykuta do sklepienia; obraz Madonny,
schodzącej w jeziora czyśćcowych mąk i posępne, nie dające się rozejrzeć
freski ascetycznych pustelników.
Ktoś wszedł do celi obok.
Huczy zawieja - i on jej słucha ze mną, przywierając czoło do szyb.
Pójdę i poznam go.
Może to Emanuel - i wyjdziemy razem w złote pachnące gaje, gdzie wśród
czarnych drzew przeświecają ametyst oceanu i nie gasnąca łuna zachodu.
Blask sączy się przez grube mury - i jakby wiotkie, powłóczyste, srebrne
dłonie wirują dokoła głowy mojej, schylonej nad klęcznikiem.
Zaiste, poznałem cię, Ewo odwieczna, po zabawkach - w twojej szkatule
księżyc i gwiazdy - czy możesz mi dać więcej mroku?
Przynieś mi ten dar! na cóż mi gwiazdy, które ty już zamknęłaś w swojej
szkatule!
A dłonie cofnęły, wkurczyły się w zimne sklepienia.
I słyszę, jak uchylając okute żelazem drzwi, wychodzi na kurytarz,
przemyka się wśród kolumn. Wyschłe, czarne gałęzie uderzają w okna,
żelazne skrzydła wichury tłuką się o dach, a szpony gadów ślizgają się po
rynnach wieżyc.
Płacz nieutulony wstrząsa kępą samotnych brzóz, jakoby rosa od wiatru
strącona.
A idąc dotknąłem czegoś, co oddźwiękło mi głucho, jak skrzynia z ołowiu.
Przez tęczę łez widzę zamyślone widma, - głos mi się tłumi, każde słowo
kryje dla mnie okropną opowieść.
Słyszę, coś pełza po kamiennych mozaikach z hukiem i pobrzękiem
metalu, jakby ciężko ranny rycerz we zbroi usiłował się dowlec.
A oto cembrowana studnia, wykuta w skale głęboko - aż do jeziora w
grotach podziemnych.
Jakieś głuche uderzenia młotów.
A w czarnym leju przepaści widzę dwoje brylantowych oczu, wśród
skłębionego gniazda łap świecą dwa rozżarzone kratery - chciałem
odskoczyć - i nagle uderzyłem się o trumnę, którą wlokłem za sobą - ową
długą, dziwacznie rzeźbioną skrzynię na wzrost człowieka - cięży mi -
ledwo ją mogę przesunąć - i jęczy tak okropnym spazmem po
kamieniach.
Źrenice olbrzymiego owadu wpatrzone we mnie - poza mnie - przenikają
mnie - widzą poza sklepieniem gwiazd - za Bogiem - do obłędu.
Zesunąłem ją - waży się jeszcze nad prześwietloną czeluścią - i nagły świt
zaczyna różowić jej przeźroczysty barelief.
Chcę powstrzymać!
Ale już lecąc, zakryła mi źrenice potworu.
Odmawiam długie, monotonne jak jęk konających litanie.
Wtem trumna plusnęła o powierzchnię wody,
a straszliwa kosmata tarantula, która się cofnęła przed moim pociskiem,
teraz z szatańską szybkością zesuwa się po ścianach prostopadle kutych
w granicie - oświetlając oczyma rozwarty lej, który wyżłobiła w wodzie
trumna -
a wtedy widzę -
wieko odskoczyło - i powstaje z niego Madonna - królowa piekieł moich i
otchłani - i
oczyma objawień spogląda ku mnie - a jakobym wznosił się ku
wysokiemu niebu pustyni,
wydrążonemu głębią fioletu, aż do gwiazd - ale się nagle jej oczy spotkały
z okrutnym wej--
rzeniem tarantuli, która jak rozpostarty łachman leci rozstawiwszy łapy
niby ośmioro czar-
nych piór -
i wody się zwarły -
skłębiły się
z pluskiem wbijając się w kamienny cylinder studni.
Uciekam -
a przede mną maszkary z latarkami toczą się, pełzną,
skaczą po gzemsach i framugach witraży -
Wbiegam do celi, w której ona była - na ścianie struga krwi - tu
rozpostarła swoje ręce - i ślad ów, jak Droga Mleczna, iskrzy się -
a gwiazdy te zbieram do kielicha - i napełnia się nimi aż po brzegi - i
rozwieram okutą klamrami księgę - i nagle poczynają dźwięczeć struny
harf - widma podobne wężom w katalepsji, wyprężonym na flet
czarodzieja -
a niewidzialne dzwonki dzwonią - i dzwony ogromne ze spiżu napełniają
dumną pierś królewskiej katedry - podchwytują szept modlitwy mojej w
huragan tęsknoty i żalu.
Słyszę ten szmer tysięcy modlących się - i Hostię składam na spragnione
usta aniołów -
W spokojnej, złotej głębinie kielicha widzę moją prześwietloną twarz, a
nade mną krąg Drogi Mlecznej.
Ostatnią Hostię umierających przyjmuję do serca mego.
A tajemnicza ręka prowadzi mię, jak ufne ku nieznanym dalom dziecko -
na dłoniach moich czuję nieme pocałunki - to krew się przesącza ze
stygmatów.
Idę wśród gwiazd.