Kto przepłynął Marolę - tego śmierć już nie trwoży,
Tak śpiewają morskie lwy - marynarze.
Czarne skały się piętrzą wśród błękitnych bezdroży,
jak zębate mury piekieł i straże.
Tam, gdzie jutrznia się krwawi rozplotami swych włosów
płyną fale jak hymny Homera -
lecz wał jeden już dyszy - i już sięga niebiosów,
pod nim przepaść się aż do dna rozwiera -
i jak harpia zielona - szpony mając wzdłuż ciała,
chwilę wzdęty jak lodowiec - zawisnął
i runąwszy na skałę, co mlekiem pobielała,
ryknął - zszalał - chmurami wytrysnął.
Żółte węże rozpełzły - i przez śnieżne brną pola,
a już łeb swój potworny wychynęła Marola.
Śpią wierzchołki gór
w fioletowej mgle -
tajemniczy bór
ukołysał mnie -
i przytulił mnie -
usynowił mnie -
i do siedmiu cór
powiódł w białej mgle.
Błyszczy zamek szklanny
na czarnym ostrowie -
a kwitną dziewanny
i maków pąsowie...
Na bawolim zagrał rogu siwy groźny Bór -
wypłynęło na jezioro siedm królewskich cór.
Ta Bez serca, jako hiacynt, jak hiacynt różowy,
a Z wężami - jak lilija - lilija anielska;
nad Umarłą szybowały krogulce i sowy,
a Zaklętą owionęły mórz głębokich zielska.
Dumna rozpacz - na harfie lazurowej grała,
Kwiat niewoli - łańcuchy do gwiazd przykuwała,
a Nieznaną - tęczowe kryją mi welony
i jak pierścień Saturna, grają złote dzwony.
Do łodzi mię proszą na bezchwiejne tonie -
i kwiatem paproci operlają skronie -
i płyną wśród skał pod mostem kamiennym -
idzie pacholę z krzyżem promiennym.