Ja trwam nad wieczność - i ból milionów
z moim się jednym nie równa bólem.
Ja wódz więzionych śmiercią legionów -
śmierć im zbłękitniam gwiazdy lazurem.
Poję rycerstwo harfy mej gniewem
i w burz piekielnych strącam otchłanie -
aż mgłą się staną - zimnym powiewem -
i tylko gwiazd mych lazur zostanie.
Na mojej drodze bory zaklęte -
bory-m roztrzaskał.
Na mojej drodze potok ryczący -
w otchłań zeszedłem.
Więził mię w lodach wulkan umarły -
wykułem słońce.
Nad gwiazdy-m leciał! Lecz kwiatek łzami
wyrył mi grób.
Białe róże krwi rosną przy mej celi -
a dokoła bór w swych upiornych snach.
Kiedy zimna noc - jako czarny ptak -
na wierzchołkach gór zostrzy krwawy dziób -
dwie siostrzyczki me - ach, dwie obłąkane
z lśniącymi oczyma, jak zaklęte skarby -
i słucham piosenek - i drżą srebrne rosy -
odmykam okno gotyckiej wieżycy.
I łkają słowiki i z szumem drżą fale -
do groty umarłych wszedł księżyc.
Węże znad jezior prężą się uśpione,
a drzewa olbrzymy pośród chmur i nieba.
Gwiazdy jak róże kwitną wśród gałązek,
taniec szkieletów -
Na katafalku z czarnych kamieni
leży blady królewicz
i litośnie patrzy na swą zabójczynię.
Ona, jak posąg, bezmowna -
w ekstazie bólu uśmiecha się
przez zasłonkę grobu.
Patrzy litośnie królewicz -
dwa jeziora oczu ścinają mu się w lód.
Dwie siostrzyczki moje palą kwiat paproci.
Ziemia rozpęka w urwisko.
Nad jeziorem śmierci
siedzi nagi człowiek i w zielonkawą patrzy toń,
jako w źrenice święte Ureusa.
A strojne karły i wesołki
tańcząc na nitkach pajęczych
zawodzą spiżowy chorał o narodzinach gwiazd.
Mój brat: przed obliczem siedmiu posągów
skrzyżowaliśmy nasze miecze i czaszę krwi
piliśmy na braterstwo.
Całą wieczność szukałem -
odnalazłem weseląc się w płaczu moim.
Zaklinam go w dawne imiona anielskie -
przypomina - budzi się, jak ze snu -
uśmiecha się, jak Jehowa, spoza mgławicy,
a strumień piany toczy się po zoranych ustach.
Prosi bym do uścisku podał dłoń -
chwycił mocno rękę moją -
zataczając się w okropnej radości,
wykręcił i z całej mocy
złamał na żelazach.
Zmiażdżoną ręką uderzył mię w twarz
i wyzwał na straszny - zagrobny bój -
w nurtach głębokiej wody.
Łzy płyną mu anielskie, rzewne
po zbrużdżonym obliczu piorunami,
jak ziemia -
Dwie siostrzyczki me rzucają do ognia
pszeniczną śnieć.
Siedzę na ganku wśród odwiecznych lip,
szafranowe krokusy pachną mi świętem Wielkiejnocy,
lilowe malwy i czarne bratki
szepcą opowiastki o tych, co minęli.
A słońce rozsypało krwawe róże
na obłokach - i gdy zagasły - stało się,
jakby ktoś ogród zamienił w żuzle i popiół.
Pies wierny skomli przez sen
u moich nóg.
Prowadzi do mnie małe dziecię
żona - za rączkę.
I cisza taka święta
wśród omglonych łąk i lasów.
Świerszcze sykają pod progami,
żaby rechocą -
jakby szklane, grające wirowały sfery.
I poszedłem, ach - na drogę pod krzyż
i nie wrócę już - nigdy nie wrócę.
O siostrzyczki moje, podłóżcie smolny żar
i niech rozszumi
oceanowym śpiewem ognia ta puszcza.
W płonących wirach dymu
zapadną się moje czarne księstwa -
w roztopach żywicy
skamienią się moje napowietrzne jeziora -
upiorne skrzydła moje
zanurzę w prastarych wulkanach -
i tylko serce me złóżcie z modlitwą do ziemi.
Nad popiołami
zaszumią zboża -
będą ludzie pożywać - i błogosławić.
Moim Siostrom i Matce.
Umarłych cieniom i w gwiezdne kurhany,
składam tę urnę przetlonych pamiątek,
jakoby ciała umarłych dzieciątek.
Bo duch mój z ziemskiej jasności wygnany
wstecz się ogląda na rodzinne łany
i nim go śnieżne pochłoną zamieci
do chat się tuli, gdzie łuczyna świeci.
W umarłych święto, w jęki niepowrotne,
serce się moje nie czuje samotne.
Ach, pamiętam knieje, szumiące dokoła,
świegot ptastwa, ryk zwierza i dymiące sioła -
wonie traw pokoszonych i białe bociany,
lecące gdzieś aż z Indiów na mój dach żerdziany.
Dziś - pół świata zbłądziwszy na smętnym błąkaniu -
Tobie, coś moją młodość widziała w zaraniu -
Lipo cmentarna! Xieni pszczół i roju
duszyczek, co już doznały wiecznego spokoju -
pod cieniem Twoim, pod Twoją obroną
chciałbym złożyć mą duszę, jak falę znużoną
i lśnić w Twoich konarach zbłękitnionym niebem -
a męką moją, jak czarnym podzielić się chlebem
z oną Królową, co była duchów żywicielka -
a za Chrystusem zeszła w otchłań...
I teraz Cień jej błąka się w wichrowe noce,
a w oczach wypalonych szrężoga migoce
i jasność wielka.
Chciałbym pługiem rozorać krwawe sarkofagi
i z płomieniem - w królewski zejść grób -
i w krysztalny grać dzwon - i wziąć na ramiona
i nieść Bogu, aż oczy odemknie przelśniona
i zorzami rozbłyśnie jej trup -
i pokłonią się króle i myrrhę przyniosą jej magi
i przyjdzie Oblubieniec -
ze zbóż jasnych da wieniec -
a śmierć, jak suchy liść
odtrąci z Jej łona -
i wstanie zbłękitniona
i będzie ku nam iść.
Lecz za winy własne lub mojego rodu
na niwach spustoszonych umierając z głodu,
u źródeł jadem strutych konając z pragnienia,
to się spalam w pożarach, to marznę wśród cienia -
w rozpękłych górach lawy księżyca martwego.
Idzie wiejskie pacholę przed Maryi ołtarze -
niech Cię, moja dziecino, pychą Bóg nie karze -
i niech Cię odtąd Aniołowie strzegą.