Idę wciąż nocą i nocą -
nade mną skrzydła łopocą...
Nie widzę kraju własnego,
nie widzę moich ziomków -
jedynie czarne chóry,
co zwodzą głupich Tomków...
Nad ziemi kres ponury
idę, gdzie wyje Ocean -
wiążą mnie wieczne mury,
a śpiewa we mnie Pean!
Na koń! wyrywam się z cieśni -
chcę złych słów, złowrogiej pieśni -
nie bardem być, nie Pelikanem,
który rozdziera swe łono -
ale czarnym Oceanem,
co pieśń nuci niezgłębioną
i gwiazdom otwiera swe łono!
Na koń! - Ty płomieniące
serce - jak żagiew świeciłoś w noce!...
Zwiodły mię serdeczne moce -
i teraz Mroki klnące
mnie, sycząc - otaczają!...
W takiej ciemności - niegdyś Suwarow
miał wyrżnąć Pragę...
Otchłani mi trzeba i jarów -
zaśpiewam wtedy wam - sagę!
Przed Chrystusem Czarnym w rozświetlnej katedrze zebrał się lud na
pasterkę... biedne robotnice ze Starego Miasta - których łzy są w wiedrze
głębokiej studni; starcy, których lice mówi o nędzy, co nieodparta - na
koniec się wedrze - i rzuci w rynsztok!
Widziałem powstańca starucha - przed Matką Boską klęczał....
Lampka pełga - on, modląc się, wypił truciznę... Noc wokoło głucha i nikt
mu teraz współczuciem już nie łga!...
Modliłem się raz ostatni przed Czarnym krzyżem nie tyle za siebie, ile za
lud mrący.
A prawdy mego serca dzwoniły mi śpiżem i nad chmurami życia śpiewał
grom warczący.
My jesteśmy niebytem, gdyż być nie umiemy.
Polaków nie ma w Polsce, a więc nie ma Bytu.
Bo cóż jest być Polakiem, jakże stać się Sobą?
Siebie trzeba budować od krwawego świtu
do późnej nocy... Ponad mogilną żałobą
idąc - kwitnijmy, choćby w męczarniach rozkwitu.
Nad wodą mroczną, jak zwierciadło Kery,
zielone gotyckie wybujały skrzypy.
Słowik się wzbija w ponadziemne sfery,
a w wodzie pławią swój cień - dęby, lipy;
chmury złowrogie - jak przed Erosem - Antery.
Moje serce banity, moje serce zmęczone,
moje serce, które już nie ma kąta na tej ziemi!
moje serce się śmieje, widząc żaby zdziwione,
patrzące na mnie ślepkami bezmyślnemi,
w tej wodzie, gdzie jad widzę i wężarną Gorgonę!
Moje serce banity... Opuściłem Warszawę,
miasto trupów, gdzie już nadziei zamknięte są zawory,
gdzie grób Relikwii obsiedli; jakby swoją strawę,
tacy - którym warto by na czole wypalić, że - "wory",
tacy - którzy w piekło dantejskie zmienili nam jawę.
Mnie najsrożej nie szarpią Sybir, ni bagnety!
mnie wstyd, że dziś imię tak niecne Polaków!
mnie wstyd, że samobójstwem kończą te kobiety,
które były wieszczkami świętych płomienistych krzaków, -
i że Jabłoń Życia przegryzły nam lisy i krety.
Mnie wstyd raz pierwszy, odkąd walczę z Losem,
że mi Los ten narzucił imię zgniłego Sarmaty!
Mnie wstyd być na puszczy wołającym głosem -
mnie wstyd oglądać trutniów, jako latarnię oświaty:
wolałbym takie głowy rzucić armatom czy kosom!
Wolę Maciejowicki cmentarz, niż dzisiejszą Warszawę.
Wolę Finis Poloniae z ust mężnego wodza,
niż kłamstwo - żeśmy przetrwali! - kłamstwo złe - kaprawe!
Wolę, by nas miażdżyły Baylen i Custozza,
niż Mamon bękart wznosił swoją Złato-hławę!
Ha! gdzież to wam droga, źródeł zatruwacze,
po Alejach nocą jeżdżący z dziewkami?!
kiedy wy igracie - więzień w lochu płacze,
kiedy wy zapewnicie, że jest Bóg nad wami -
to kruków chmura nad mogiłą - kracze!
Wy gracze nad mogiłą... o wy pereaci!
czy wam Król-Duch na wieki odmówił swej prawdy,
iż żadnej nie możecie już przybrać postaci -
(wy potomkowie Lecha, Rujwita, Uprawdy) -
jak tę - żeście trupy przypięte do tłustej połaci!
Śpiewali wam Wieszczowie, aż im wyschły płuca!
płynęła krew rubinna z tych, których miecz świadczy -
że runie Zamek, gdy go Duch porzuca!
Dziś - wy ołtarze z relikwij okradłszy,
mówicie: niech warcholstwo po kątach zanuca!
Wy się rozsiedli na złocie, na piórach -
stugębną famą zbroicie pachołków,
ale was nie ma na szczerbionych murach,
które siągają podniebnych wierzchołków -
wy w kabaretach, przy kpach - i rajfurach!
Cóż wy możecie ludowi wieścić? i co wojownikom?
co Mogile? co dziejom? wy klnący rapsodom!
i co rzekniecie gwiazdom - tym pątnikom,
wy - z błot, nie z Kartagin! z błazeństw - marnych Sodom!
Cóż wy wskażecie w Tatrach orłom - zachmurnikom?
A cóż wy rzekniecie ludziom fabryk, młota?
kmieciom, którzy lemieszem przeorują ziemię?
cóż wy rzekniecie wrogom, gdy już nie sromota
waszych znędzniałych karków jest użyć za strzemię!
gdy dziś już Żyd chałatny mówi: Polak - to lichota!
Wyjdźmy - na Grunwałd! Napoleon trzeci
stał przed Sedanem tak - w białych rękawiczkach!
Niech powtarzają dęby dębom, niechaj echo leci
aż w Tatry - wieszcząc o tych Polaczyczkach,
które musi pożreć Płomień, jak trujące śmieci.
Rzucacie się? wy dostojni w teatralnych gestach!
powiecie, że was już zelżył tak ruski minister...
Lecz słowo padło z mych wnętrz - i przebóg! że jest tak!
że zamieniacie dzwon żałobny czy weselność cister
na ilość samochwalby w bezlicznych rejestrach,
- Głupi, głupi - mówił wam król Niemna!
Ciemięgami was nazwał wieszcz Lilli Wenedy.
Gromiła was mądrością pieśń Norwida ciemna,
lecz wy tylko pozłotę bierzecie z tej schedy,
jak z Piramidy bogów - czerń licha karczemna.
Mój narodzie! nie na twą dolę rzucam głaz mej klątwy,
lecz na tę zgraję bezdusznych farsiarzy,
którzy w morzu Twej duszy żerują jak mątwy,
lub jak szczury w świątyniach gryzą wśród ołtarzy -
Welaskezów czy Kingę! piszcząc do Promiennych: skąd Wy?!
Miecz wyorałem na dawnym Grunwałdzie -
wyostrzyłem w mej piersi - i teraz upiorem
wejdę do waszych kamienic - zmroczę was wieczorem
i uczynię stygmat Warn na każdej fałdzie,
aż z Warszawy wskrześnie Troja wraz z złotym Hektorem!
Ruiny pobojowisk! kolczasty śnie herojów!
o wy, sykania świerszczy, kiedy pęka serce!
wichrze, który tak lecisz, pełen niepokojów,
aby zapłodnić lasy i łąk tych kobierce!
i ty, muzyko leśnych przekryształnych zdrojów!
Czemu me serce banity w ziemi piach się wżera?
czemu szukam wśród zmarłych, co śnią pod kurhanem
u sosen nadmorskich - Litwy bohatera,
który runął na Bestię z Polakiem i Chanem,
długie lata się czając, jak płowa pantera!
Żalu, żalu! kto z królewskich orlich ptaków
ma szpon potężny - niech gromem wirch targa
i leci w mądrej wiedzy do zwycięskich znaków!...
miliony robotników wzniosą to imię Polaków!
Druidów ogniem pali się ta wieża!
gdzie serca płaczą tylko po zwycięstwie!
Apokaliptycznego kryjem w sobie zwierza!
By wstać z otchłani, nie dość powstać w męstwie!
Wszystko przetwórzmy - z Nowego Przymierza!
Każde serce niech dzwoni promieniącym czynem,
niech się nie wstydzi legion Nadwiślański trzeci
i Czwartaków kolumny - niech będzie wawrzynem
własna dzielność - nie prawo do łez - wśród wyrodnych dzieci.
Niech Polak będzie Batorym, a nie Possewinem!
Niech pogardza małością, brudem, zaprzedaniem -
niech potrafi umierać, lecz i żyć potrafi!
niech rzeknie sobie: Wstanę! tedy wszyscy - wstaniem!
niech przejrzy pęta podłej złotodajnej Mafii -
niech pracuje uczciwie nad nowym Zaraniem!
Kiedy nie będziem zdradzać każdej mężnej warty,
kiedy słowa od czynów nie będzie tchórz grodził
chińskim murem - wtedy powstanie wśród nas Bonaparty!
Lecz długo, Polsko, będziesz się tułała
wśród głuchych ziomków, dmących w orzech pusty -
dużo Wisły upłynie - nim mogilne ciała
poczują dech w sobie - i odrzucą chusty:
kruki nas będą dziobać, i będzie kapała
nam - w tęskne oczy - z wszystkich rynien, dachów -
bezmierna gromnica głupstwa... i lichoty...
Odpędzam czarną myśl - koła wyciągnijmy z piachów -
roztwórzmy bramy w kraj Obiecanej olbrzymiej Roboty!
Witam Cię, Chryste - nad polskim ugorem
moknący w szarudze: żelazną koroną
musisz się koronować na walkę z głupoty Potworem!
Ty - zmieniany przez wszystkie koncylia, jesteś oną
światłością, zakrytą trocinowym worem...
Chryste, bądź Żywym, lub odejdź! nie obrzucaj mrokiem -
my chcemy Słońca żywego, jako Człowiek z krwi!
Przed własnym niech Prometej zgina się wyrokiem,
z własnego trybunału wstaje naród lwi.
Młotem Thora uderzmy w kowadle szerokiem -
jak Wisła i Bałtyk, Karpaty i step!
Na brzegach Parany zbudujmy okręta,
przez Himalajów idźmy mroźny żleb - - -
Serca zjednoczy wielka Góra święta,
kochajmy Ziemię i firmament nieb!
Polsko, Polsko! oto ja cię wzywam
w burzę twórczości, aż wyrośniesz na Jabłoń Życiową!...
... Gdziekolwiek jestem, czy morza przebywam,
czy nad Tatrami idę granią Łomnicową -
wszędzie Cię widzę i przyszłą odkrywam!
Lecz umrzyj, lichy zwyrodniały cieniu,
który się mienisz wciąż rzeczywistością!...
zbity z tysiąca gąsienic wleczesz się - ty Pieniu,
zamiast napoić duszę światłem i wolnością!
Świat zbudujemy własny w swym nowym sumieniu,
świat Rytmu z Słońcem, z Ziemią i Boskością!
Błyśnie Król Wężów - Słońce ponad mądrym ludem!
przeobrazi nas Król-Duch nowym swoim cudem
i stanie wśród warsztatu, gdzie wszystkie ramiona
stężyły się do czynu i wznoszą bierwiona,
i życia nowego Dom budują Polsce...
Tadeuszowi Nalepińskiemu
W mrocznych praborach, gdzie Okean płynie,
walcząc z falami Hadesowych rzek -
widma kochanek przyzew mój wyzwala
i tu przenosi na potępień brzeg:
o Awenanti, Lari, Kalla
w Reinkarnacyj mych głębinie
na stosie ciał tych Mrok mój legł.
Dionizos żeński w kuszczach winogradu
wita mnie śmiechem i winem wśród mroku,
lecz ja do Lernejskiego mówię gadu
o znikomości gwiazd!
Tam w labirynty idę Ragnaroku,
najbronniejszego ze Szatana miast,
co wieżycami w dół ku piekła pomroce
wgląda się w kry szumiące, w wieczne noce!
Zanim do nieba zastęp mężnych wedrze,
na diamentowych wieżach wzywam duchów zlot:
mszę celebruję czarną w grobowej katedrze
i gaszę Lux Aeterna - ja bóg zmarłych - Thot!
Rozgłaszam miłość mym Zadżumnym dzwonem,
w kręgu ogniowym Sziwa - tańczący nad zgonem -
w bór tropikalny przyzywam Was!
Myśli nic narodzone i nie nazwane,
sny najdumniejsze, nie dokonane
pawiotęcz kras.
Jam jeden zawsze, czeluść żądz stubramna,
a ziemia cała drży od mego pługa -
jakby menhiru grobowcowy głaz!
Wy - Lawalrumi, Santi i Mariamna,
o Grey, Pelawi, Kaliruga!
Z wszystkich snowidzeń, z zamierzchłych manwantar -
ja tyran, wieszcz i diabeł - Homer, Dante Antar
Tiglat Pilezar, kalif Akbar, Timur-lenk,
gdy mnie rozkosz wabi nadmierna i nadmierny jęk -
wybrałem tysiąc Muz, odziałem je szkarłatem,
niosłem kadzidła im i złote trybularze,
dymami-m poił ambr, kwieciłem je granatem,
bezwstydnej Asztaroth kamiennem wzniósł ołtarze...
Ha, ha - poznałem, że z czarnej Golgoty
wydany wyrok na mnie - zaciekłem się w furii:
Ja, który znałem olbrzymów astralnej Lemurii,
ja, którym znał nad ziemią księżyc drugi - złoty -
ja, którym chodził wśród Magów Dżemszyda -
miałem-że słuchać Pawła - zaciekłego Żyda?
W niezgłębionych Piekła lodozwałach,
hufy powiodłem naprzeciw aniołów -
oszczepem kłuję i zadaję gwałt!
Bronią się mężnie przy wiary swej skałach!
Na łożach z brązu, w dymach krwi stu wołów,
każę ich oddać na myśli męczeństwo -
żagwie palimy pośród skał Tarpejskich
i tak szydzimy z marzeń Nazarejskich,
jak rozhukany w noc jesienną Bałt.
Tu gwałtowników przyzywam zastępy
Urakabarameel jest ich groźny wódz
tu ciała chrześcijan rozrywają sępy,
by Miłość i Nadzieję kłami hien zmóc
tu winem z krzyża napełnia się fiala
aż krzyk: Jahoo! z ust Heliogabala,
kłamiąc Młodości, ulata nad błonia.
Wraz z Messaliną zbestwione zastępy
tańczą dokoła Najświętszego Graala...
W mrok nocy jadę, gdzie Szał jeno mami
iskrząc z mojego konia podków szmaragdami.
Jadę po stepach, aż w Kijowa mury
Król Śmiały - czynię z mniszek amazonki,
za włosy wieszam, zmrażam wśród tortury,
gromnicmi obwiesiwszy, rozjarzam je - w pająki.
To znów myśliwiec gonię czarne tury,
gdy w bekowisku wyszły na słoneczne łąki
i nie mam kresu i w sobie się zżeram -
zabiwszy żony, na starość sam umieram.
W Antylibanie i w jaskiniach Syryi
wiodę na zgubę rycerzów Normandyi,
trupy im daję w obrazach Walkiryj
i chłodem wabię jasnych łąk Islandyi.
Wszędzie im cudne rozsadzam Zulejki,
w podziemiach skarby jawiąc Khorassanu.
Mnie Templariusze, zdradę czyniąc Panu,
na czterech łapach bóstwu zlewają olejki.
W ogrody idę zmkniętego haremu:
Abencerragów pałac - i mujeres.
que tanto quiero! ku dziedzińcu lwiemu
prowadzę nagie, pojąc winem Herez!
Wnet krwią zbryzgałem cypry, mroczne tamaryszki
bom wrota rozwarł hidalgom, wiedzionym przez mniszki!
Krzyż a zwycięstwo dla naigrawania
ja, Tammuz Adonis, moc mam zmartwychwstania...
Gdy klasztor śpi w kaskadzie świętej włosów
zanurzam dłoń po ramię, aż po królestwo biódr...
A gdy mnie wyzna - w trumnie na żelazach mutr,
zamurowanej żywcem jawię wonie wrzosów.
W sadyzmie mniszki biczuję i wśród autodafe
śpiewam im serenady u miłosnych wrót:
z pazurów poznaj moją autografę
wszędzie, gdzie stał się zwiastowania cud!
Mijają czasy, nie mijają żądze,
leży mój głaz w kościele Sewilli:
kazał się deptać ludziom ten, kto w każdej chwili
brał najcudniejsze usta, mówiące, że... błądzę!
Nie umrą dla mnie: Julia z Kapuletu,
Beatrix Cenci, ni Stuart królowa...
Tulę, gdy zechcę, niby piosnkę z fletu
Basię Radziwiłł i mieszczkę z Krakowa...
Nuży mię cnota, więc kurtyzan formy
wzywam na chmury: egipską Rhodope,
Frynę, Lukrecję Bordżia, Lolę Montez i Delormy,
Lady Hamilton, Tsiang Hoa, Walewską (znasz
siano w Polsce, którym nie gardzą słoneczne półbogi -
kniaź Poniatowski, Napoleon... ani wrogi?...)
W chmurach mi tańczą mocne szwedzkie Sormy,
Marie Daniłówny, hrabianki z Lichtenowa
i najcudniejsze wiedźmy spod Kijowa!
Wtem - w bobrzych futrach, wśród chmur Nanaa Pao
nęci mię w dal północną... Na chyżych reniferach
lecimy. Ja Szaman - przy umarłach zwierach,
gdy słońce borealne na krzyżach konało -
wieściłem w jurtach tęskniącym: krasnego Kupało!
Zórz magnetycznych byłem tajemnicą,
grałem wygnańcom hejnał pogrzebalny -
w wiedzy zaświatów całowałem lico
Eloi, kopiąc skrzydłami grób żalny...
Zmroziłem wiarę: sturękim Briarejem
w kratery schodzę - na łoża mych żądz!
młot mój zaiskrzył nad Malsztremu lejem,
Walkirie wzywam, by leciały, rżąc!
A gdy w mój uścisk wziąłem boskie Norny,
w krach Antarktyku odprawiając Gody -
wnet poleciałem, jak ptak nieprzezorny,
na gorejące Meksykańskie wody...
W tajfunach marzę - w wirach niedogonnych -
smutek mój cichnie, gdy mi orły kraczą...
Ja chińskie róże zrywam przy latarniach wonnych,
kurhany czaszek me zwycięstwa znaczą!.
Wyspami rządząc Jutrzni, jam był Kijomori,
lody topniały od żaru mej krwi!
tabun żon moich wysłałem na bory,
by śnieg zamroził ich rzęsy i brwi!
Kazałem w grób się złożyć - żywy - sercem chory!
Znów zmartwychwstaję, gdzie Ocean Cichy,
kres mam dla światła - nie mam dla mej pychy!
Na morzach żyjąc, bóg wyspy Samoa -
połową jestem w nieboszczyków domie,
a drugą czarny, jak wulkanów smoła,
niby wąż morski na fali ogromie!...
W mroku niebiosów napinam swój łuk,
by gwiazdy strącić strzałą Fantazmatu,
nakładam łańcuch śmierci i trzymam wśród sług,
te, co mi krzyżem chce zagasić czar sabatu.
Mamuta zgięty u nóg moich kark.
Ja depcę księgi święte Purana Bhagawatu:
Idę wciąż wyżej pośród gwiezdnych ark -
wszystkie znam kręgi świata, jak mag z Ziguratu -
tysiąc mam wkoło żon i dwoje ciemnych warg,
wieszczących na Sąd Śmierci - Ginącemu światu!
Wiedza Miłości - nie uczy Umierać...
wiedza rozkoszy - nie uczy wyrzeczeń...
wiedza trucizny nie daje wyleczeń,
i wiedza Diabła - nie da nieb rozwierać...
By nie powstały lądy koralowe
nowych wiar we mnie - idę w Mszy żałobnej
nad pusty księżyc... w czeluście grobowe,
gdzie Mrok obłędny widmami zasobny...
Księżyc bezdomny w głuchej melancholii
rozświeca głębię łzawą Oceanu -
na mgnienie baśń mi stworzy wieszczka Paribanu -
tonę... Aż na dnie w zielsku lawaroli,
znajduję kącik... Tam bóg Mroków i Miłości,
kryję swój wstyd, swą rozpacz... że świata zniweczyć nie mogę!...
A coraz głębsze kryją mnie ciemności,
i tylko wulkan słyszy mą obłędną trwogę.
Jesteś podobna do posągu greckiej kapłanki z Dodony,
która w szumie dębów wysłuchiwała kantat przeznaczenia.
Jak hieratyczny głaz, który upadł z nieba
i ożywiony przez Prometeusza, błysnął tęcz skrzydłami -
tak zeszłaś do mej groty, do mego piekła, nie znanego Grekom,
do mego Niflhajmru, którego nie widziały oczy żadnego z wikingów.
Majestatyczna, wiedząca, ofiarna, jakby Piramida świateł
nad morzem nieugiętej woli, dążącej w bezkresy
ty w mej grocie stanęłaś...
Kłębiły się wiry mrocznych nieutulonych chmur gniewu,
bezkresne morze faluje zniweczenia...
Wstąpłaś w piekło skrzydeł, pogrążonych w lawie,
zgniecionych odłamami niezmierzonych skał i mroźnych gleczerów...
Ponad zawrotną falą lecących w dół wodospadów
mnie ujrzałaś, kiedym pił z wód śmierci, zmęczony tym biegiem w
otchłaniach.
Morze uderza wśród kolumn tysięcy pradawnych bazaltów,
grzmiąc nawałnicą fal, w krzyku tonących i łamanej harfy
ty zapaliłaś wśród huku obrywających się mostów rubinową lampę
i płomień uderzył w mą pierś, zgniecioną przez tysiącwiekowe góry
które widziały nad ziemią jeszcze drugi księżyc...
Wyciągłaś swe ręce jakby krucyfiks w bezdrożu,
wskazując mi wyjście tam - w głębi przepastnych wąwozów,
gdzie kwitną jabłonie, w lesie żywicznych drzew, gdzie żyją syleny...
Lecz bym nie ujął to za marność żądzy
twe oczy kościołami stały się głębiny nieba,
które w niezmiernej wszechwiedzy uśmiechnęło się nad wszystkiem...
W nagłym obłędzie gniewu, myśląc, żeś tylko Złudzeniem -
nie Matką Bożą pod krzyżem, idącą szukać, których Bóg opuścił
i których udziałem - Nicość... stałem się Demonem,
lecącym na skrzydłach wampira - wrogim życiu bardziej, niż Era lodowców!
Bo czym jest Życie, gdy nie ma Wolności
iść ponad przełęcz Losu i rozświecać groby?!
i czym jest Miłość, gdy nie ma możności
wypłynąć Okrętem na spotkanie Boga?!...
W mroku mnie zawołałaś, jam zahuczał: Kłamiesz!
wzerwałem nad Tobą nawałnicę mroczną,
mówiąc: Ciebie nie ma! Ty odrzekłaś: Jestem!
Była to odpowiedź kłoszącej niwy życia mej otchłani grobów.
O nieprzeminiona, tysiąckrotnie moja!
Miłości, ty w śniącym rozjaśniona ogniu, lampą w mej ręce się stałaś,
skrzydlatym jutrzni płomieniem... Przejrzysta, szczęśliwa,
wyrzekłaś to słowo radosne - że Głaz odwalony
i z Grobu wyjść mogę!
Wiedziesz mnie Bezimiennego wiecznie,
który jestem Twym dzieckiem, smokiem i wielkim krwawym piorunem!
Tu widzę ciemny wirch z możnego marmuru
w sale świątynne ciosany... Widzę w dawnej Atlantydzie
ludzi pierwotne, głębokie natury... widzę Hostię Życia...
Wyszliśmy razem - rozświecić wszystkie padolne niziny....
W każdej garści piasku słyszymy morze, które nam gra swą Maha
Bharatę...
w każdym pyle przydrożnym widzimy wędrówkę materii,
w każdym grzechu podłego człowieka, w każdej nędzy głupca
rozwierasz mi głębię tęsknot za wyżyną Boga.
Gdybyśmy oczu mieli tyle, co - Argus, lub noc nad Gaurizankarem,
nie starczyłoby ich do ujrzenia Mnogości tajemnic
przeszłych i jeszcze nie zjawionych, lecz wiecznie Obecnych.
Ziemia rozwiera nam Misterium Człowieczeństwa.
Nie znam godniejszego wśród nich, niż Ty jesteś Moja!
Tyś hieroglifem wiary, Tyś bramą archanielskich przeczuć,
Ty wyprowadzasz nad morze z Zamku sino-bladej Śmierci.
Przez Ciebie poznać mogę wolność Woli i gwiezdność wszystkiego,
co musi tu umierać!...
Idziemy wciąż dalej, wciąż wyżej
i gdyby nie to wielkie w swym bezgrzechu uśmiechnięte niebo,
kto wie? może dwa klasztory wzniósłbym wśród niezmiernych pustyń.
Wiem, kto jest Bóg, i znam wieczność, gdyż jesteśmy sobą.
Nad morzem twórczym idziemy wśród wniebowziętych zadumań,
tu słowik łka, jarzą luczjole i wielka w bezkres samotnia
nie mówi już o kręgach Danta, pustych i straszliwych niebach,
w których Bóg stał się pustynią Gobi, Chrystus - bramą Błędu.
Z dotknienia Twej ręki wyczuwam, że jesteśmy wieczni
żeś wiosną nad głębiami piekła Ty wieszcza Beatrix!
Jeżeli taką jesteś? (w co nie wątpię)ani na to mgnienie,
gdy liść upada z drzewa szemrzącej topoli o pniu marmurowym,
jeżeli ja takim zjawiam się przy Tobie: Prometeicznie tworzącym
cóż mogłaś dokonać większego, budząc prawdę Mitu!
Utworzę nową ziemię, nowe prawa i nowe niebiosa.
W żagle me natchnę Wichru, którym znów płynąć będą mędrce i narody.
Bądź mi błogosławione łono Twej wszechmożnej Duszy,
która w ukryciu szat prostych wieszczącej kapłanki
lampą Wiedzy zapala stan modlitewny w mym duchu buntownym
i nie przeraża się skrzydeł straszliwych, lecz daje im bezmiar Eteru!