Banzaj! krzykli Japończycy -
banzaj! lecą z góry -
Nippon! odrykły armaty,
grzmiąc ogniem jak z chmury.
Cariu! chrapnęli im z fortów
ukryci Moskale,
tam nagie prostytutki
klęczą we krwi i w kale.
Banzaj! jakby zawierucha
walczącej Jutrzenki -
wtem ostrokół - mina wybucha -
grzmią armaty - muzyka i jęki.
Banzaj! na bagnety!
(jest wśród bogów umarły...)
- Ura! my carskie karniety,
my giganty! - Niebiosa się zwarły!
ciał kurhany wyrosły od ziemi,
dymy rude rozpełzły jak węże -
dżdżą szrapnele łzami krwawemi,
kruki lecą i chrzęszczą oręże.
Wtem kolczaste olbrzymie wądoły -
i wzerwała się ziemia trzęsąca -
strute gazy, granaty, popioły -
żar zabójczy umarłego słońca.
Armat błyszczy tysiące na wzgórzach,
jak w noc letnią sobótek ogniki,
niebo czarne w rozdarciu i w chmurach -
milkną straszne wyjące okrzyki.

Księżyc wzeszedł nad mroczne wąwozy
i nad lasy ograbione z liści -
dymi krew - jak w świątyniach Grozy -
błądzą w cieniach duchowie wieczyści


Tam - w noc gwiezdną wypłyniem! i będziem na falach
marzyć - nas dwoje; my Astarty
zbiegając świątyń - jak nurek na skałach rozdarty,
zaświecim perłą bólu w lesistych koralach.

Byłeś mi czarnym bóstwem, co krwi i ofiary
żąda, w roztęczy lśniąc się i opalach.
I Ty z Awernu przyzywałaś mary
i serca dumne ważyłaś na szalach.

Tam - w noc modrą - gdy fosforescencje
morza otoczą nas w pióra diamentów -
ziół księżycowych wypijem esencje
i jako ptaki z tonących okrętów
do tajemniczych wysp zlecim w ogrody,
pod berło Wieszczki cichej - wiecznie młodej.